Centrum Kształcenia Liderów i Wychowawców im. Pedro Arrupe w Gdyni
 

Anegdoty ze szkoleń

PRZEKRACZANIE GRANIC

Dwa dni przed rozpoczęciem kursu dla nauczycieli w Dokszycach (Rejon Witebski), nasza białoruska koordynatorka odbiera telefon od dyrektora tamtejszej szkoły. Dyrektor informuje, że miejscowe władze nie chcą dać zezwolenia na szkolenie, gdyż w planie zajęć znalazł się podejrzany politycznie temat: "naruszanie granic".

- O jakie granice chodzi? - pytał dyrektor. Co to za temat? Jakie granice chcecie naruszać?

Po wyjaśnieniach, że chodzi o granice psychologiczne, a nie państwowe, że podejmiemy temat relacji pomiędzy nauczycielami, rodzicamii i uczniami, dyrektor się uspokoił.

Po przyjeździe do Dokszyc, tuż przed rozpoczęciem zajęć, zostaliśmy jednak przesłuchani przez odpowiedniego urzędnika. Był z nami na zajęciach przez pierwsza godzinę. Wyszedł, gdy prowadząca zaczęła dawać uczestnikom instrukcje, jak zrobić z papieru serduszko...

RYŻYK

Na klatce schodowej bloku, w którym znajduje się białoruskie biuro Centrum Arrupe, umieszczono ogłoszenie, aby nie wpuszczać kota o imieniu Ryżyk, gdyż to psotnik i może poniszczyć rzeczy mieszkańcom. Teraz mamy dodatkowe zajęcie: pytać każdego kota, jak ma na imię. I to po rosyjsku, bo nie ma tu kociej Polonii.


AUTOPREZENTACJA

Na kursie „Sztuka wystąpień publicznych i autoprezentacji” uczestnicy proponowali tematy wystąpień. Najbardziej bulwersującym pomysłem była prezentacja na temat: „Różnica między pośladkami żeńskimi i męskimi”. Mówca wybrał sobie spośród uczestników kursu dwa eksponaty, jeden żeński a drugi męski. Po kilkuminutowym wystąpieniu, eksponaty ukłoniły się tyłem do publiczności.

KŁOPOTY ZE SPRZĘTEM

Szkolenie powinno już dawno rozpocząć się. Tymczasem prowadzący usiłuje bezskutecznie rzucić na ekran obraz z projektora multimedialnego. Po raz kolejny sprawdza wszystkie kable i ustawienia. Obraz jednak nie pojawia się. Mija kolejne 10 minut. Niektórzy z uczestników szkolenia próbują dopomóc, poradzić. Wreszcie prowadzący zajęcia decyduje się na telefon do znajomego specjalisty od multimediów. Po kilkunastu minutach znajomy pojawia się na sali. Podchodzi do projektora, pochyla się nad nim i zdejmuje kapturek z obiektywu.

RYSOWANIE NA FOLII

Podczas szkolenia z Superwizji Klinicznej ojciec Wojciech polecił uczestnikom, aby przygotowali na foliach schematy graficzne obserwowanych lekcji. Prezentując na rzutniku pisma jeden ze schematów, ojciec Wojciech postanowił dokonać korekty jednego z nich. Wziął flamaster przystosowany do pisania na folii i zaczął nim dorysowywać kilka prostych elementów. Przez nieuwagę wyjechał flamastrem poza folię i narysował grubą czarną linię na lustrze rzutnika. Po szybkiej reakcji uczestników, poślinił palec i natychmiast starł narysowaną linię. „Proszę ojca” – odezwał się jeden z uczestników. „Czy ojciec wie, że ten flamaster można zetrzeć jedynie alkoholem”?

W HOMELSKIM HOTELU

W 2006 roku, gdy prowadziliśmy szkolenie w jednej ze szkół w Homlu na Białorusi, zatrzymaliśmy się w największym hotelu w centrum miasta. Po hotelowej rejestracji, wjechaliśmy windą na właściwe piętro i podeszliśmy do stolika dyżurnej, aby otrzymać klucze do pokojów. Dyżurnej nie było. Postanowiliśmy czekać. Gdzieś dzwonił telefon. Rozglądaliśmy się wokół stolika, zaglądaliśmy za szafkę z kluczami, ale telefonu nigdzie nie było. Jednak dalej rozlegał się jego dźwięk. Po chwili przyszła dyżurna, wyjęła z kieszeni klucz i otworzyła szufladę. Wygrzebała spod papierów jeszcze jeden klucz, pochyliła się nad szafką z kluczami wysokości stolika i zaczęła otwierać przymocowaną do szafki potężną kłódkę. Po drugim razie zamek puścił i podniosła do góry umocowany na zawiasach blat. Naszym oczom ukazał się stary, dzwoniący telefon. Wyjęła go na biurko i spokojnie podniosła słuchawkę.


ANIOŁ Z PUSZCZYKOWA

Przed laty wybrałem się na szkolenie do Puszczykowa. Poszedłem na dworzec kolejowy w Gdyni i kupiłem bilet na najbliższy pociąg do Poznania. W moim roztargnieniu zapomniałem adresu kościoła przy którym miałem prowadzić zajęcia. Wiedziałem jednak, że Puszczykowo to mała miejscowość leżąca niedaleko Poznania i że można dojechać do niej autobusem. Gdy dotarłem do Poznania, udałem się do informacji i tu zaskoczenie – ostatni autobus do Puszczykowa odjechał godzinę temu. Gdy konferowałem z panią przy okienku, podeszła do mnie ubrana na biało dziewczyna i wytłumaczyła, że mogę dojechać do Puszczykowa autobusem, który zatrzymuje się na peryferiach Poznania. Zaoferowała się, że pokaże mi jakim miejskim autobusem mogę dojechać na te peryferie. Wyglądała na około 20-letnią studentkę, miała blond włosy, bardzo ładna sylwetkę i śliczną, niemal dziecięcą buzię. Podeszliśmy na przystanek i moja wybawicielka kupiła mi w kiosku bilet.

- Pojadę razem z panem – powiedziała – i tak nie mam nic do roboty.

Wsiedliśmy do autobusu i po około 30 minutach byliśmy na peryferiach miasta skąd miałem już połączenie do Puszczykowa. W międzyczasie dowiaduję się, że dziewczyna ma na imię Angelika i że w Puszczykowie mieszka jej babcia. Zwierzam się więc Angelice, że jadę do tamtejszego kościoła i że potrzebuję wskazówek jak do niego dotrzeć z przystanku.

- Ależ tam jest wiele kościołów – odrzekła.

Ponieważ do odjazdu autobusu było jeszcze trochę czasu, udaliśmy się do oddalonej o dwieście metrów parafii, aby zapytać miejscowego proboszcza, czy aby nie wie w jakim kościele w Puszczykowie może odbywać się moje szkolenie. Był trochę zaskoczony pytaniem ale bardzo miły i zaraz zadzwonił do kogoś dobrze poinformowanego.

Miałem wreszcie adres. Angelika stwierdziła, że skorzysta z okazji i pojedzie ze mną, aby odwiedzić w Puszczykowie babcię, a przy okazji upewni się, czy trafiłem na miejsce. W rezultacie pojechaliśmy razem a Angelika odprowadziła mnie pod samą bramę klasztoru, gdzie już na mnie czekano. Na pożegnanie poprosiłem ją o adres. Napisała go na kartce wyrwanej z zeszytu. Gdy spojrzałem na jej staranne pismo, nie mogłem uwierzyć moim oczom. Nazywała się Angelika Betleja. Zaświadczam, że jest to historia całkowicie prawdziwa i że jestem przekonany, że spotkałem Anioła Betlejemskiego, który się mną zaopiekował. Anioły są naprawdę piękne i uczynne. No i nie mają skrzydeł.

EXPRESS-TAXI

Jestem księdzem i pracuję w niepublicznej placówce oświatowej. W wieczór sylwestrowy, księgowa siedziała do późna i liczyła roczny bilans. Około 22.00 zacząłem dzwonić po Express Taxi, aby bez problemów dotarła do domu. Numer był ciągle zajęty. Po kilkunastu próbach dodzwoniłem się i usłyszałem w słuchawce milutki głos panienki:

- Sex randka, słucham.

- Przepraszam, chciałem rozmawiać z Express Taxi?

- Sex randka - powtórzyła.

Na moje kolejne, niecierpliwe pytanie, czy to rzeczywiście nie jest Express Taxi, panienka odpowiedziała:

- Może być i express.